TERAPIA ZORIENTOWANA NA OSOBĘ

Co to jest?

Klient, który przychodzi do terapeuty po pomoc, często szuka albo zestawu technik, które mają zlikwidować jego problemy, albo też mądrej osoby, która pokaże mu drogę. Oczywiście, te elementy w terapii istnieją i mogą być ważne, ale łatwo jest wpaść w pułapkę i zacząć polegać na kimś innym, oddając swoją moc i odpowiedzialność za siebie, czyli rzeczy, których w gruncie rzeczy klienci najbardziej szukają.

Terapia zorientowana na osobę twierdzi, że to wyłącznie sam klient jest ekspertem, jeśli chodzi o jego własne doświadczenie. Ważne, dla terapeutów z tej szkoły, jest nie występować w roli eksperta – ekspert jest tu postrzegany jako osoba, która zawsze ma do pewnego stopnia władzę.

Jeśli terapeuta funkcjonuje jako kolejna osoba w życiu klienta mająca rację, i ucząca innych jak żyć, wtedy klient, już będąc w stanie dyskomfortu, i nie wiedząc, właściwie, że może być inaczej w relacji, straci raczej niż zyska wiarę w siebie. Wiara w siebie jest rozumiana jako zaufanie do własnych doświadczeń, własnego bezpośredniego odbierania świata. Z tego płynie odpowiedzialność za siebie, i poczucie wolnego wyboru (albo przynajmniej wyboru sposobu własnego reagowania) w każdej sytuacji. To jest cel terapii.

Ale jak to zaufanie zyskać?

Carl Rogers, twórca Terapii Zorientowanej na Osobę (Person-Centered Counselling) sformułował trzy warunki, które powinni spełniać terapeuci, według niego niezbędne i wystarczające do spowodowania zmiany w klienice. Terapeuci są ekspertami wyłącznie w oferowaniu tych warunków w relacji z klientem.

Te warunki to:

1. Empatia (Współodczuwanie) – zdolność wchodzenia do świata wewnętrznego klienta, na poziom zarówno mentalny, jak i emocjonalny. Terapeuta powinien swobodnie poruszać się w świecie klienta, mówiąc jakby jego językiem, oczywiście nie gubiąc świadomości siebie.

2. Bezwarunkowa akceptacja – pełna akceptacja klienta i jego prawa do własnego życia i decyzji, akceptacja całości samego klienta, nawet, jeśli zachowuje się on w sposób nie do zaakceptowania; nawet, jeśli go nie lubimy osobiście. Żeby zupełnie ten warunek spełnić, trzeba byłoby być świętym, więc mamy jeszcze trzeci warunek:

3. Autentyczność (zgodność uczuć i zachowania) – terapeuta jest prawdziwą osobą w relacji. W przeciwieństwie do klasycznego freudowskiego terapeuty, w tej szkole terapii nie zakłada on maski „neutralności”, ani nie prezentuje się jako mistrz. Jako druga osoba w relacji, jest odpowiedzialny za to, żeby nie kryć przed sobą na przykład negatywnych uczuć w stosunku do klienta, chociaż musi z nimi sobie radzić i nie wylewać własnych emocji na klienta. Te powyższe postawy terapeuty są prawdziwe, nie są grane. Jeśli terapeuta udaje, że rozumie i akceptuje to, czego na prawdę nie rozumie i nie akceptuje, klient zawsze to w końcu zauważy i utraci zaufanie do terapeuty.

A więc to, co mówi i robi terapeuta jest odczuwane jako zgodne.

Według Rogersa większość naszych problemów wynika z tego, że jeszcze jako dzieci, nie doświadczamy wspomnianych warunków: empatii, bezwarunkowej akceptacji ani autentyczności (zgodności uczuć i zachowania) od dorosłych ludzi dookoła. Prosty przykład: dziecko upada i tłucze sobie kolano. Płacze. Mama przychodzi i mówi: „nie płacz, to wcale nie boli”. Dziecko uczy się wstydzić własnych uczuć, i nie okazywać ich, żeby uzyskać akceptację ze strony mamy. Ta akceptacja jest odczuwana jako warunkowa: „akceptuję cię jeśli jesteś dzielny”.Także słyszymy: „jest coś z tobą nie tak, bo za mało/za dużo jesz, bo jesteś za głośny/za cichy, bo nie czytasz tak jak Basia/Jasiu”, itd. itd. Więc przystosowujemy się jakoś do warunków (są to tzw. „warunki wartości”) i żyjemy niezgodnie z sobą. Przykładem warunku wartości może być „żeby być kochaną, nie wolno się złościć”. Kiedy coś takiego ciągle słyszymy, możemy złość stłumić i w końcu doprowadzić do tego, że już nawet nie będziemy odbierać sygnałów złości z naszego organizmu. Inny rodzaj ograniczenia dziecka wypływa z nadopiekuńczości - dziecku może być trudno uwierzyć we własne możliwości, kiedy słyszy na okrągło: „Nie rób tak, bo spadniesz/nie umiesz/zbrudzisz sobie ubranie/głupio będziesz wyglądać/zachorujesz/zabijesz się”.

Filozofia, i doświadczenie naukowe, Rogersa są głęboko humanistyczne, to znaczy, że wierzy, że jeśli ktoś ma dobre warunki, to wybiera drogę do przodu. To się nazywa skłonność do aktualizacji. Naturalnie człowiek, które ma zapewnione wspomniane warunki, wybiera wtedy drogę własnego rozwoju, która obejmuje współdziałanie i współżycie z innymi ludźmi, oraz chęć zapewniania innym podobnych warunków. Możemy zaufać własnemu organizmowi, reakcjom, odbierania świata, i potem świadomie zdecydować, co z tym zrobić. Nie będziemy też niewolnikami własnych emocji i nie będziemy działać wyłącznie impulsywnie, tłumacząc się, że to „moje prawdziwe ja!” Jeśli szanujemy własne doświadczenia, automatycznie szanujemy innych – oni nie są odbierani jako zagrożenie dla nas, więc możemy akceptować ich prawo do bycia takimi, jakimi one są.

Te poglądy bardzo się różnią od klasycznych, freudowskich i często też od religijnych. Według Rogersa to nie jest tak, że mamy jakąś podświadomość pełną złych rzeczy, i lepiej tam nie zaglądać. Nie jest tak, że natura ludzka jest sama w sobie zła.

Więc terapia zorientowana na osobę nie polega na wyjaśnieniu klientowi, ani na analizie, ani na używaniu technik. Nie polega na walce z problemami, ani z klientami, jako przypadkami różnych syndromów. Pracujemy z niepowtarzalną osobą, taką, jaką w tej chwili jest, nigdy nie tracąc z widoku zdrowej osoby „w środku”. Także szanujemy zachowania problematyczne jako strategie, które kiedyś były niezbędne do przetrwania klienta w trudnej sytuacji. Otwarta walka z „problemami” takimi, jak nałogi, zaburzenie jedzenia itd. często nie działa, jeśli nie akceptujemy faktu, że używając tej strategii klient radził sobie z trudnymi emocjami czy doświadczeniami. Jak ziemniak, który pozostawiony w ciemnej piwnicy, nawet tam swoimi krzywymi i rachitycznymi pędami wyrasta w kierunku małego okienka. Możliwość innych sposobów radzenia sobie („poszerzenia okna ze światłem”) pojawi się właśnie w trakcie terapii – będzie to zaufanie we własne doświadczenie i nie trzymanie się wyjaśnionych wcześniej, sztywnych „warunków wartości”. Klient powoli się uczy, że może być akceptowany, i zaakceptować siebie, nawet, jeśli się nie jest doskonały (przepis na doskonałość zwykle dostajemy od rodziców, partnerów, społeczeństwa lub religii).

W terapii zorientowanej na osobę także nie chodzi po prostu o kiwanie głową i godzenie się, ze wszystkim, co klient mówi. Klient przecież jest w konflikcie, i zadaniem terapeuty jest, żeby słuchać wszystkiego, co w kliencie się dzieje i się wyraża. Przekazanie z powrotem klientowi, to, co słyszy terapeuta, jest sztuką. Terapeuta nie tylko, oczywiście, przekazuje, ale też razem z klientem przeżywa ten konflikt z empatią i akceptuje wszystko, co może się pojawić: każdą stronę wewnętrznego konfliktu, czego klient nie jest w stanie zrobić sam. Mogą się wtedy pojawiać konfrontacje między terapeutą i klientem. Ważne jest, żeby konfliktu nie unikać, ale przeżywać w bezpiecznym miejscu.

Związana z tym jest różnica między wspieraniem a pracą terapeutyczną. Wspieranie kogoś oznacza, że jesteśmy zawsze po jego stronie, że zgadzamy się z częścią klienta, która w danym momencie bierze górę. Więc wspieranie kobiety, która chce się rozstać z mężem, który ją bije, polega na tym, aby jej pomóc uciec - i umacnianie jej w tej decyzji może być bardzo pomocne i potrzebne - ale nie jest pracą terapeutyczną. Jeśli kobieta zdecyduje, że chce zostać z mężem, ona już nie będzie się czuła akceptowana. Praca terapeuty polega na dawaniu takiego miejsca, gdzie można wspólnie oglądać wszystko, co w kliencie jest, np. ochotę na zmiany, lęki i przeróżne sprzeczne emocje, myśli itp. Zawsze jest więcej w człowieku, niż myślimy na początku, a gdy zaistnieje przyjazny klimat, zjawiska nie będą bały się ujawniać. Jeśli potraktujemy każde zjawisko z szacunkiem, doświadczenie pokazuje, że te zdrowe zaczną dominować.

Terapeuta jest jak towarzysz w podróży, który w tym miejscu jeszcze nie był, chociaż ma doświadczenie na podobnych terenach i wie, na co zwrócić uwagę.

Ta praca polega na relacji, układzie o ścisłych granicach (takie podejście jest wspólne dla wszystkich szkół terapeutycznych). Granice te pilnują bezpieczeństwa relacji, np. wszystko, co jest mówione w pokoju terapeutycznym jest ściśle tajne, oprócz rzeczy, które zagrażają bezpieczeństwu klienta czy innych ludzi, albo też terapeuta nie może przyjąć klienta, jeśli on już ma jakąś z nim znajomość (na przykład też, jeśli jest kolegą czy żoną kolegi). Zawsze też musi występować całkowita bezinteresowność.

Terapeuta także ma obowiązek korzystania z tzw. superwizji (nadzoru) – konsultacji z terapeutą wyszkolonym w monitorowaniu pracy innych terapeutów. Tworzy to optymalne bezpieczeństwo i dla klienta i dla terapeuty.

Terapia może być albo krótko albo długoterminowa, wszystko zależy od potrzeby klienta. Nie ma reguły. Natomiast ważne jest, żeby nie uzależnić się od terapeuty, i fakt, że terapeuci z tej szkoły psychoterapii zawsze dbają o dynamikę władzy w relacji z klientem, zmniejsza prawdopodobieństwo psychicznego uzależnienia się klienta od terapeuty. Klient wie, kiedy terapia się kończy, bo potrafi sam sobie zaoferować warunki, które dostał w trakcie terapii, to znaczy: potrafi słuchać siebie uważnie, akceptować wszystkie strony swojego wewnętrznego konfliktu, co samo w sobie prowadzi do rozwiązania, i potrafi nie blokować, ukrywać czy lekceważyć własnych uczuć czy myśli. Terapia to nie recepta na bezstresowe życie! Po prostu człowieka zdobywa odwagę bycia prawdziwym.


Sarah Luczaj

*** STRONA GŁÓWNA ***